Człowiekiem chorym całkowicie rządzą emocje, dominuje lęk. Jest tak po części dlatego, bo nasze dobre samopoczucie opiera się na przekonaniu, że nic nam stać się nie może. W służbie zdrowia z kolei, obojętnie jakiego kraju, dominuje tendencja do stworzenia profesjonalnego systemu usług medycznych, w którym lekarzom i pielęgniarkom brakuje czasu oraz sposobności do użycia emocjonalnej inteligencji. Tymczasem obecnie istnieją dowody naukowe potwierdzające tezę, że w profilaktyce i leczeniu istnieje próg skuteczności, który można podnieść dbając, na równi ze stanem fizycznym, także o stan emocjonalny pacjentów
Medycyna koncentruje się na leczeniu jednostki chorobowej, czyli zaburzeń w działaniu narządów, pomijając chorobę, czyli subiektywne doznania pacjentów. Ogólnie przyjęty model medycyny całkowicie odrzuca myśl, że umysł może istotnie wpływać na ciało. Z kolei różni, czasem raczej domorośli teoretycy lansują koncepcję przeciwną: że oto możemy wyleczyć się z najgroźniejszych nawet chorób siłą umysłu czyli myśląc pozytywnie i zachowując pogodę ducha.
Postarajmy się precyzyjnie rozróżnić fakty: to nie jest tak, że lekarze i pielęgniarki lekceważą subiektywne doznania pacjentów. Jako grupy zawodowe mają wystarczającą wiedzę oraz doświadczenie by widzieć ten problem i w miarę możliwości starają się zmniejszyć lęki pacjentów. Natomiast w systemie opieki zdrowotnej nie ma miejsca na stosowanie zdolności emocjonalnych, tak samo zresztą jak nie ma miejsca na np. całościowe podejście do pacjenta. Jest on jednostką chorobową i tyle. Rzecz wcale nie wynika ze złej woli, nieuctwa czy złośliwości twórców systemu. Służba zdrowia, by w ogóle działała, musi być jakoś zorganizowana i otrzymywać niezbędne środki finansowe czy to od pacjentów bezpośrednio, czy poprzez np. państwo (jak w Polsce). Płaci się za konkretne, w miarę skuteczne procedury. Jeśli pojawią się takowe dotyczące użycia składowych inteligencji emocjonalnej, to model systemu się zmieni.
W dalszej części artykułu spróbuję opisać jak i w jakim stopniu, nasze emocje wpływają na nasze zdrowie. Dokładniej- co wiemy na ten temat na podstawie badań naukowców.
Komórki systemu immunologicznego krążą z krwią po całym ciele, rozpoznając co do tego ciała należy a co nie. Jak wykryją, że coś nie jest częścią składową ciała to owo coś atakują, niszcząc wirusy, bakterie i komórki rakowe. Niekiedy ich rozpoznanie jest błędne i atakują komórki własnego ciała wywołując choroby autoimmunologiczne - np. reumatoidalne zapalenie stawów. Do roku 1974 sądzono powszechnie, że mózg i układ odpornościowy są oddzielne i nie wpływaja na siebie. Jednak właśnie w tym roku prof. Robert Adler z Uniwersytetu w Rochester odkrył, że system immunologiczny, podobnie jak mózg, potrafi się uczyć. Szczurom podawano, rozpuszczony w wodzie z sacharyną, środek zmniejszający liczbę komórek T w krwi. Prof. Adler odkrył, że podawanie szczurom samej tylko wody z sacharyną, nadal powodowało obniżanie liczby komórek T ! Tymczasem o żadnej drodze łączącej ośrodki mózgu śledzące smak ze szpikiem kostnym, gdzie wytwarzane są komórki T, nikt nic nie wiedział.
Naukowcy rzucili się, by odkryć powiązania między systemem immunologicznym a ośrodkowym układem nerwowym. Powstała psychoneuroimmunologia - nauka zajmujaca sie tym problemem. Części dowodów na istnienie fizycznej drogi pozwalającej emocjom wpływac na układ odpornościowy dostarczył wpółpracownik p. Adlera, p. David Felten. Dlaczego akurat emocjom? Stwierdzono, że neuroprzekaźnikami chemicznymi o najszerszym działaniu zarówno w mózgu jak w systemie odpornościowym, są te same neuroprzekaźniki, których zagęszczenie jest największe w obszarach regulujących emocje. Zespół p. Feltona odkrył, podobne do synaps miejsca, w których zakończenia neuronów autonomicznego układu nerwowego stykają się bezpośrednio z limfocytami i makrofagami, komórkami systemu immunologicznego. Kolejne badania wykazały, żę układ nerwowy ma nie tylko połączenie z systemem odpornościowym, ale ma też istotne znaczenie dla jego prawidłowego funkcjonowania.
Hormony, wydzielane przez organizm pod wpływem stresu, są kolejnym ważnym łącznikiem między układem nerwowym a systemem odpornościowym. Owe hormony to aminy katecholowe, czyli epinefryna (inaczej: andrenalina) i norepinefryna (inaczej:noradrenalina), kortyzol i prolaktyna oraz wytwarzane w organizmie związki o działaniu podobnym do pochodnych opium: beta endorfina i enkefalina. Zależności między hormonami i komórkami odpornościowymi są złożone, ale generalnie fala hormonów hamuje aktywność komórek odpornościowych. Czyli stres zmniejsza odporność. Na krótką metę ma to pewnie uzasadnienie, bo organizm koncentruje wysiłek na walkę z aktualnym zagrożeniem. Jeśli jednak jesteśmy długo pod wływem silnego stresu, to łatwiej dopadną nas różne choroby, które bezpośrednio z psychiką żadnego związku nie mają ( bo trudno łączyć z psychiką np. grypę)
Trzeba w tym miejscu koniecznie dodać, że mikrobiolodzy i inni specjaliści, którzy podobno z trudem pogodzili się z tezą, że między mózgiem a układem sercowo - naczyniowym i układem odpornościowym w ogóle istnieją jakieś związki, odkrywaja tych związków coraz więcej.
Zbiorcza analiza 101 badań, obejmujących w sumie parę tysięcy ludzi, wykazała że przykre emocje są w pewnym stopniu szkodliwe dla zdrowia. Osoby odczuwające chroniczny niepokój, nastawione pesymistycznie, wrogo, podejrzliwie mają dwukrotnie większe szanse by zapaść na różne choroby - mowa o chorobach somatycznych, nie psychicznych. Sercu najbardziej zagraża utrzymująca się dłużej złość, przechodząca we wrogie nastawienie do otoczenia, co określa nasz styl bycia jako antagonistyczny. Badania na temat złości i wrogości, przeprowadzone przez p. Redforda Williamsa z Uniwersytetu Duke wykazały, że lekarze którzy podczas studiów osiągali najwyższe wyniki w testach do mierzenia wrogości, byli siedem razy bardziej narażeni na smierć przed 50 rokiem życia, niż ci z niskimi wynikami testu. Nie wiadomo, czy złość oraz wrogość uruchamiają wczesne stadium choroby naczyń wieńcowych, czy przyspieszają jej przebieg. Na Uniwersytecie Stanforda przeprowadzono badania polegające na kontrolowaniu stanu zdrowia ponad 1000 ludzi będących po pierwszym zawale. Ich stan zdrowia kontrolowano przez osiem lat po tym zawale. Okazało się, że najwięcej drugich zawałów zdarzyło się w grupie mężczyzn, którzy na początku byli najbardziej agresywni i wrogo nastawieni do otoczenia. Złości można się pozbyć. W związku z opisanymi odkryciami p. Williams oraz niezależnie, specjaliści z Uniwersytetu Stanforda opracowali dla ludzi po zawale specjalny trening w celu zmiany ich postaw. Uczy on podstawowych elementów inteligencji emocjonalnej, szczególnie samoświadomości i empatii. Powinni dostrzec złość, w chwili gdy się pojawi, próbować zastąpić złe, podejrzliwe myśli racjonalnymi oraz wczuwać się w racje drugiej strony. Trening jest efektywny, bo jak powiedział prof. Williams: ' Kiedy widzimy, że złość może nas wcześnie wpędzić do grobu, nabieramy ochoty by spróbować się zmienić.'
Przegląd badań nad związkiem między długotrwałym stresem a chorobami dokonany przez p.Bruce McEwen z Yale podaje dość długą listę owych chorób. Wymienia się tu zakażenia wirusowe, przyspieszenie podatności na przerzuty raka, przyspieszenie początku cukrzycy i jej rozwoju, arteriosklerozę, wrzodziejące zapalenie jelita grubego, wyzwalanie ataków astmy, upośledzenie pamięci. Kolejne badania potwierdziły, że sam stres bezpośrednio osłabia system odpornościowy szczególnie w przeziębieniach, grypie i opryszczce. W tych chorobach zakaźnych osłabienie systemu jest najprawdopodobniej znaczące klinicznie, czyli na tyle duże by niejako wpuścić chorobę. Długotrwały stres wywiera również negatywny wpływ na układ sercowo - naczyniowy. Ciagła wrogość i ataki złości zagrażają sercom mężczyzn, natomiast stały niepokój i lęk są groźne dla serc kobiet. Warto więc zadbać o swój stan psychiczny, opierając się m.in. na przedstawionych informacjach wynikających z badań naukowców. Kolejny raz powtórzę: rzecz nie w tym by uczucia tłumić, bo to daje często jeszcze gorszy efekt. Rzecz w tym by próbować rozładować narastanie negatywnych uczuć na wczesnym etapie oraz nie poddawać się biernie uczuciu niepokoju, smutku pojawiającego się bez przyczyny. W nawiasie, jak twierdzą niektórzy psychiatrzy (nie znam źródeł, muszę to jeszcze sprawdzić), ponad 80% nerwic jest ( może być ?) leczonych za pomocą placebo. Oznaczałoby to, że wielu wypadkach możemy, jeśli zechcemy, zmienić swój aktualny stan psychiczny sami. Co niestety nie znaczy, że staniemy sie radośni jak skowronki, wykonując stresującą z definicji pracę. Choć jest odtrutka: utrzymywanie bliskich stosunków z innymi osobami: żoną, przyjacółkami itp. Tak przynajmniej utrzymują szwedzcy badacze z Göteborg. Po siedmiu latach od pierwszego badania, wskaźnik śmiertelności wśród mężczyzn którzy wtedy stwierdzili, że żyją w silnym stresie ( bo mieli kłopoty finansowe, sprawę rozwodową itd.) był trzykrotnie większy niż wśród twierdzących, że prowadzą pogodne życie. Ale jeśli zestresowani dodawali, że utrzymują scisłe i bliskie stosunki z żoną, przyjaciółką itd, ten wskaźnik ich nie dotyczył.
Depresja wpływa głównie na pogorszenie się stanu zdrowia osób które zapadły na jakąś chorobę. Przykładowo: spośród pacjentów z przeszczepionym szpikiem kostnym, prawie wszyscy ogarnięci głęboką depresją zmarli w ciągu roku po operacji. Także wśród ludzi z chorobami serca, wskaźnik zgonów tych z najgłębszą depresją, był aż cztery razy wyższy niż osób bez oznak depresji. Stwierdzono też duży wpływ depresji na wskaźnik umieralności osób po pierwszym zawale serca, równie duży jak inne czynniki najwyższego ryzyka. Depresja na pewno utrudnia też powót do zdrowia starszym paniom po złamaniu stawu biodrowego. Wyleczenie, zwłaszcza łagodnej depresji u pacjentów chorych na kilka schorzeń jednocześnie, zmniejszyło ich średnioroczny czas pobytu w szpitalu z 62 do 18 dni. Problem z depresją polega na łatwej możliwości uznania jej objawów, np. senności, braku apetytu za objawy choroby zdiagnozowanej u pacjenta wcześniej. Czyli, w niejasnych przypadkach, celowa wydaje się dodatkowa wizyta u psychiatry, mimo że w zasadzie chorujemy (my, czy bliska nam osoba) na chorobę bardzo odległą od tej specjalności.
Nadzieja, co wiemy intuicyjnie od dawna, a co niektóre badania potwierdzają oraz związany z nią optymizm, zwiększa szanse przeżycia po np. zawale, przyspiesza rekonwalescencję, zmniejsza liczbę powikłań po zabiegach operacjach. Naturalnie i niestety: pesymizm wręcz przeciwnie. Najlepszym prognostykiem szans przeżycia dla mężczyzn po zawale, okazał się w jednym z badań nastrój. Nie medyczne czynniki ryzyka a właśnie nastrój. W osiem lat po pierwszym zawale ( tak długo trwało monitorowanie chorych) żyło 80% największych optymistów oraz 20% największych pesymistów... Nie wiemy, dlaczego optymizm czy pesymizm ma tak duże znaczenie dla zdrowia. Czy dlatego, że pesymizm prowadzi do depresji, a ta osłabia system immunologiczny ? Wątpliwe, bo jak wtedy miałby działać największy optymizm? Może chodzi o styl życia pesymistów, którzy generalnie nie dbają o swoje zdrowie ? Jeśli to nawet nie jest powód, to i tak trzeba trochę się przełamać, nie zwalać wszystkiego na mniej czy bardziej mityczne przeznaczenie i zająć swoim zdrowiem. Dla pesymistów bardzo pesymistycznych mam bowiem niewesołą informację: owszem, czasem umiera się we śnie, bez bólu i świadomości nieuchronnej śmierci. Niestety częściej człowiek zaczyna zapadać na kolejne choroby, czuje ciągły ból, nie potrafi robić tego co lubił, w końcu czuje się źle zawsze, o każdym czasie i w każdym miejscu. Największemu pesymiście chyba nie o to chodzi? Jak zmienić pesymistę w optynistę, na razie nie wiem. Sam jestem pesymistą.
Oparcie w bliskich, stosunki towarzyskie. Według p. Johna Cacioppo, psychologa z Uniwersytetu Stanowego w Ohio, najważniejsze dla zdrowia są stosunki z osobami, które spotykamy codziennie. Im te osoby są dla nas ważniejsze, tym bardziej stosunki z nimi wpływają na nasze zdrowie. Negatywny wpływ izolacji - przekonania, że nie ma się nikogo z kim można nawiązać bliski kontakt, na długość życia stwierdzono wyraźnie u osób po przeszczepach oraz osób po zawałach serca. Co nie znaczy, że poczucie izolacji nie wpływa negatywnie na ludzi w innych sytuacjach. Po prostu tylko w tych grupach przeprowadzono wiarygodne badania. Mocne dowody na pozytywny wpływ oparcia w bliskich dały, wspomniane wyżej, badania Szwedów. Jak można się domyślić bez żadnych badań, co własnie badania potwierdziły, jeżeli ludzie się często muszą spotykać ( bo np. mieszkają w jednym pokoju w hotelu czy akademiku) a serdecznie się nie znoszą, ich odporność na przeziębienie i grypę maleje. Podatność na te infekcje jest wprost proporcjonalna do serdeczności z jaką się nie znoszą.
Dzielenie się negatywnymi uczuciami z innymi Pewnie każda(y) z nas doświadczał(a) uczucia ulgi jakby po zrzuceniu ciężaru, jeśli mógł opowiedzieć komuś o swoim bólu, lękach, złości. Okazuje się, że nie tylko jest to sposób na poprawienie nastroju. Pacjentki(ci) poddawani, oprócz zasadniczych (co oczywiste) zabiegów chirurgicznych czy leczenia farmaceutykami, także psychoterapii, często są skuteczniej leczeni z chorób somatycznych, niż nie korzystający z pomocy psychoterapeuty. A w psychoterapii właśnie szeroko stosuje się metody wykrywania i analizy uczuć pacjentów. Rzecz jest prosta do zastosowania osobistego, tyle że często osoby bliskie nie bardzo chcą słuchać opowieści o lękach i bólu człowieka chorego, zwłaszcza bardzo poważnie chorego. W takiej sytuacji grupy wzajemnego wsparcia mogą tworzyć (dobrze byłoby - z pomocą odpowiednich osób czy instytucji) same osoby chore. Dzieliłyby się swymi emocjami, doskonale rozumiejąc się i mając ochotę słuchać się nawzajem. To nie jest teoria, takie grupy wsparcia wzajemnego były i są tworzone. Odnotowano, że cotygodniowe uczestnictwo śmiertelnie chorych pań w takich spotkaniach, przedłużyło im życie dwukrotnie, w porównaniu z paniami w podobnej sytuacji, walczącymi samotnie.